Walutowa karta prepaid Cinkciarz.pl

Dolarową kartę przedpłaconą kupiłem do cinkciarza, żeby płacić w amerykańskich sklepach (głównie Amazon.com) unikając podwójnego przewalutowania i bankowych kursów walut. Chociaż cel ten osiągnąłem to jednak karta nie do końca spełniła moje oczekiwania.

Największym rozczarowaniem okazało się zasilanie rachunku karty. Założyłem, że skoro karta jest sygnowana logiem Cinkciarz.pl to zasilenie rachunku karty z tegoż serwisu będzie się odbywać natychmiastowo. Nic bardziej mylnego. Od złożenia zlecenia do zaksięgowania wpłaty w mBanku, który obsługuje moją kartę, może minąć do 24 godzin. W praktyce oznacza to, że zakupy trzeba planować z wyprzedzeniem albo stale trzymać na rachunku karty odpowiednia kwotę. To trochę kłóci się z moim wyobrażeniem o kartach prepaid, których największą zaletą jest to, że nie da się z nich nic ukraść, bo doładowuje się je na konkretny zakup.

Konsekwencją czasu księgowania wpłat jest to, że z karty nie można skorzystać od razu po jej otrzymaniu. Karta jest bowiem aktywowana dopiero po zaksięgowaniu pierwszego zasilenia. Ja wybrałem się na zakupy od razu po rozpakowaniu karty. Wprawdzie wysłałem środki na rachunek karty, ale nie zostały one zaksięgowane na czas i Amazon poinformował mnie, że są problemy z płatnością wybrana kartą. Jak sądzę, wielu właścicieli tych kart mogło popełnić podobny błąd, bo przy wykonywaniu zasilenia nie ma żadnego komunikatu jasno określającego kiedy operacja zostanie wykonana.

Ostatnią wadą związaną z obsługą rachunku karty jest to, że nie ma prostego sposobu na przelanie dolarów z karty na moje konto. Można skorzystać z polskiego bankomatu żeby wypłacić złotówki, co jest oczywiście bez sensu; można skorzystać z zagranicznego bankomatu, który wypłaca dolary, co ma więcej sensu, ale i tak obciążone jest prowizją; w końcu można poczekać na wygaśniecie karty – wtedy pozostałe środki zostaną przelane na wskazane przy rejestracji karty konto. Żaden z tych sposobów nie nadaje się do częstego manewrowania saldem karty.

Drobiazgiem, który również może być zaklasyfikowany jako mankament jest fakt, że ważność karty to niecałe dwa lata. W moim wypadku różnica wynosi trzy miesiące, ale jeśli mBank lub Cinkciarz.pl zamawiają karty na zapas to komuś może trafić się karta z jeszcze krótszym terminem przydatności.

Oczywiście karta walutowa Cinkciarz.pl ma również zalety. Przede wszystkim transakcje walutowe wykonywane są bez przewalutowań. Walutę na rachunek karty można kupować po korzystniejszym niż bankowy kursie. Karta przedpłacona od cinkciarza może być także tańsza w eksploatacji niż bankowa karta do rachunku walutowego ponieważ płaci się za nią jednorazowo tylko 15 zł i przez kolejne (niecałe) dwa lata nie ma innych opłat (rocznych, miesięcznych, za brak wymaganego obrotu albo za brak wymaganej liczby transakcji).

W moim wypadku zalety cinkciarskiej karty przeważają nad jej wadami, jednak dla innych klientów z innymi priorytetami bilans może wyglądać inaczej. Dlatego warto znać zarówno wady jak i zalety, żeby podjąć odpowiednią decyzję. Mam nadzieję, że ten wpis to ułatwi.

Weekend w Brukseli

Miniony weekend spędziłem z Kariną w Brukseli. Wycieczkę uważam za więcej niż udaną, a bez fałszywej skromności dodam, że duża w tym zasługa dobrego planowania. Poniżej garść luźnych uwag i sugestii, które mogą się przydać komuś, kto chciałby sobie urządzić podobną wycieczkę.

Tanie latanie

Mój pierwszy lot Ryanairem okazał się niespodziewanie… zwyczajny. Po lekturze opinii w internecie obawiałem się, że ludzie będą wskakiwać do samolotu oknami, wpychać się na nie swoje miejsca, grillować między fotelami, słowem Sodomy i Gomory ze skrzydłami albo latającego odpowiednika „Słonecznego” Koleii Mazowieckich. Tymczasem okazało się, że choć samolot był wypełniony chyba do ostatniego miejsca, a pasażerowie uformowali pokaźną kolejkę na długo przed ogłoszeniem boardingu to wejście na pokład odbyło się bez ekscesów. Wprawdzie na moim miejscu usiadła jakaś miła starsza pani, ale tylko dlatego, że nie wiedziała, że na karcie pokładowej ma wydrukowane miejsce. Grzecznie jej to wytłumaczyłem i problem był rozwiązany. Fotele, a i owszem, nie odchylają się, miejsca jest co najwyżej akuratnie, za bułę i napój trzeba zapłacić, a film sobie zorganizować we własnym zakresie, ale przez dwie godziny można znieść takie niedogodności, tym bardziej, że bilet był dwukrotnie tańszy niż na pendziolino do Krakowa. Po stronie plusów należy zapisać też dogodne godziny wylotów na weekendowy wyjazd: wylot w piątek o 9:20, powrót w niedzielę o 18:25.

Dojazd

Ryainair ląduje lotnisku Charleroi, takim belgiskim Modlinie (choć wielkością bliżej mu do Okęcia). Wygodne połączenie z Brukselą zapewnia linia autokarowa. Bilety najlepiej kupić przez internet, będą wtedy kosztowały przynajmniej o 3 € od łebka taniej, co przy dwóch osobach w obie strony da ok 50 zł oszczędności. Oszczędza się też czas, bo wprost z samolotu można wsiadać do autokaru.

Nocleg

Poszukiwania noclegu rozpocząłem od Airbnb, ale okazało się, że w obrębie starego miasta taniej można spać w hotelu. Wybrałem hotel Saint Nicolas, dwie minuty spacerkiem od Wielkiego Placu i rzut beretem od stacji metra Bourse. Miejscówka jest świetna jako baza wypadowa do korzystania z brukselskich atrakcji, zarówno za dnia jak i w nocy. Trzeba mieć jednak świadomość, że położenie może być też wadą, hotel stoi przy ruchliwym deptaku, a centrum Brukseli żyje do późnych godzin nocnych.

Zwiedzanie

Na zwiedzanie Brukseli warto uzbroić się w Brussels Card czyli kartkę (bo dostajemy ją jako wydruk A4) dającą wstęp do 30 muzeów (w tym tych MSZ najciekawszych) i zniżki w innych miejscach (np. Atomium). Biorąc pod uwagę, że wstęp do muzeum kosztuje przeważnie od 6 do 10 € to zakup karty się opłaca. Ja kupiłem takową na 48 godzin, aktywowałem w piątek po południu o korzystałem aktywnie aż do wyjazdu w niedzielę.

Brussels Card ma też opcję korzystania z dwóch autobusowych linii turystycznych, ale ja wybrałem komunikację miejską. Bruksela ma znakomity zbiorkom, do większości interesujących mnie miejsc dojechałem prawie pod drzwi. Opłaca się kupić bilety na 5 lub 10 przejazdów ew. na 48 godzin. Niestety trzeba się przyzwyczaić do aromatu uryny na stacjach metra.

Google Maps dobrze sprawdza się w nawigowaniu po Brukselii z buta, ale sugestie dotyczące używania zbiorkomu bywają nietrafione. Mapę Brukselii zapisałem w telefonie, ale z myślą o Google Maps wykupiłem pakiet 100 MB transferu w roamingu. Pod koniec weekendu okazało się, że wykorzystałem go nieco ponad 30 MB, z czego tylko mała część przypadła na Mapy.

Manneken pis to oczywiście punkt obowiązkowy, choć tak po prawdzie nie ma co oglądać. Ciekawsze jest to, że w ramach równouprawnienia od 1987 Bruksela ma też siusiającą dziewczynkę czyli Jeanneke pis. Jest jeszcze trzecia siusiająca rzeźba – Zinneke pis czyli pies. Do kompletu brakuje jeszcze kota.

Zinneke pis

Z kolei Atomium na żywo robi większe wrażenie niż się spodziewałem. Niestety swoje trzeba odstać w kolejkach, w deszczowy niedzielny poranek czekaliśmy blisko godzinę.

Atomium

Belgia stoi komiksem, nic więc dziwnego, że muzeum komiksu jest na wypasie. Stała ekspozycja pokazuje historię komiksu, proces jego powstawania od pomysłu do gotowego albumu, różne style i gatunki i całą masę ciekawych eksponatów. W czasie mojej wizyty ekspozycję czasową stanowiła wystawa poświęcona Thorgalowi oraz osobna poświęcona Grzegorzowi Rosińskiemu. Moim zdaniem to najciekawsze muzeum, które odwiedziłem w Brukseli.

Podobne wrażenia oferuje MOOF czyli muzeum figurek kolekcjonerskich. Figurki to nie mój konik, ale miło się je oglądało. Oprócz figurek sporo miejsca poświęcono komiksom i filmom animowanym powstałym w Belgii. Bardzo fajnie bawiłem się przy starych konsolach z grami na podstawie komiksów o Asteriksie i Obeliksie.

MOOF

MOOF

Muzeum piwa brzmi ciekawie, ale jego oferta ogranicza się do projekcji umiarkowanie interesującego filmu i degustacji piwa.

Ciekawsze jest muzeum czekolady, a zwłaszcza pokaz robienia pralinek belgijskich. Oczywiście jest też degustacja.

Muzeum zabawek wygląda i pachnie jak mieszkanie patologicznego zbieracza. W sumie nic ciekawego, ale fajne jest to, że dużą częścią eksponatów można się bawić, a dzieciaki, które widziałem w muzeum miały z tego wielką frajdę.

Bardzo podobało mi się w Auto World. Mają tam dużą kolekcję zabytkowych samochodów, choć najdłużej przyglądałem się youngtimerom takim jak Honda NSX i specjalistycznie przygotowanym samochodom wyścigowym. Karinie, która jest umiarkowaną fanką motoryzacji, też się podobało, więc warto tam się wybrać.

Auto World - japońskie supersamochody

Auto World

Jedzenie

W Brukselii należy zjeść frytki i gofry. W pobliżu hotelu jest kanciapa z frytkami, która, jeśli wierzyć nalepce przy drzwiach, jest przez kogoś tam polecana. Potwierdzam, że fryty z sosem andaluzyjskim mają tam dobre. Po sąsiedzku jest kanciapa z goframi i churrosami, takoż smacznymi. W okolicy jest jednak pierdyliard podobnych kanciap, możliwe, że lepszych lub bardziej znanych. Z drugiej strony nie polecam belgiskiego McDonald’sa czyli Quicka. Co by nie mówić o Maku to paszę mają tam smaczną, a lokale czyste. W Quicku dostałem kanapkę, która wyglądała jakby w celu podgrzania ktoś na niej usiadł, do podłogi prawie się przykleiłem, a na koniec musiałem szukać kosza na śmieci, który nie był przepełniony.

Podpisywanie dokumentów profilem zaufanym w PUE ZUS

Ilekroć próbuję cokolwiek załatwić przez Platformę Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czuję się jakbym próbował wbić gwoździa starą skarpetą – może i da się to zrobić, ale na pewno nie jest to łatwe ani wygodne. Zupełnie jakby ZUS chciał odstraszyć ludzi od załatwiania spraw online.

Teraz próbowałem złożyć deklaracje ZUS ZWUA i ZUS ZUA. O ile wypełnienie deklaracji przez kreatora było w miarę łatwe (oczywiście przez Firefoksa, bo wbudowana w Chrome’a wtyczka Flash jest nieobsługiwana), o tyle próba wysłania deklaracji kończyła się fiaskiem. Na ekranie pojawiał się kręcioł, Java odpalała jakiś SZAFIR SDK instalator i mogiła. W akcie desperacji spróbowałem całą operację przeprowadzić z komputera z Windowsem. Tutaj sytuacja była o tyle lepsza, że wyskoczyło okno podpisywania dokumentów podpisem elektronicznym. To naprowadziło mnie na właściwy trop: mimo, że do PUE loguję się przez profil zaufany ePUAP i mimo, że jako ubezpieczony podpisuję dokumenty rzeczonym profilem zaufanym to w ePłatniku domyślnie włączone jest podpisywanie dokumentów podpisem elektronicznym. Żeby to zmienić należy w zakładce Płatnik wybrać w menu po lewej Ustawienia, a następnie Ustawienia konta. Tam należy wybrać „Sposób podpisywania dokumentów w aplikacji ePłatnik” jako „Podpis profilem zaufanym ePuap”.

ZUS PUE podpis

Jeździłem Bentleyem… wśród odkurzaczy

Gościłem prezentację odkurzacza urządzenia do filtracji powietrza i sprzątania Rainbow. Nigdy nie byłem na prezentacji kosmicznych garnków ani cudownych kołder, więc byłem ciekawy jak to wygląda. Spodziewałem się, że będzie to trwać godzinę do półtorej. Tymczasem pranie/odkurzanie mózgu trwało… trzy godziny, a prowadzący powiedział, że to krótko, bo zazwyczaj trwa ok. pięciu. W tym czasie dowiedziałem się, że mokry kurz nie lata, że w kanapie mam dwa kilo złuszczonego naskórka, że śpiąc krócej wstaję świeższy niż po długim śnie, bo wdycham mniej roztoczy, a kilka wilgotnych szmatek symulujących moje płuca zostało zatkanych syfem wyrzucanym przez zwykłe odkurzacze. Efektem ubocznym prezentacji było odkurzenie połowy salonu i dwóch psich dywaników.

 Rainbow E2

Żarty na bok. Samo urządzenie sprawia dobre wrażenie. Przede wszystkim znakomicie robi to co ma robić odkurzacz czyli ssie jak filmografia Milli Jovovich. Przy tym jest cichszy niż mój w miarę nowy Samsung, żre mniej prądu, a wylanie wody z pojemnika jest łatwiejsze i bardziej higieniczne niż opróżnienie worka. Jest solidnie zbudowany, co daje nadzieję, że faktycznie będzie działać te 20 lat. Jednocześnie ma podobne gabaryty co typowy odkurzacz i jest od niego niewiele cięższy. Ponadto podoba mi się, że jest produkowany w USA, a nie Chinach. A to wszystko za jedyne 9000 zł.

No właśnie, taka cena czyni Rainbowa Bentleyem wśród odkurzaczy. Super samochód, super osiągi, ale płaci się przede wszystkim za elitarność i prestiż marki, który spływa na nabywcę. W wypadku samochodu to działa. Snobować się odkurzaczem? Nie.

PS. Jakby ktoś chciał sprawdzić to na własnej skórze to chętnie polecę was akwizytorowi, a ja dostanę nawilżacz i jonizator powietrza RainMate warty 700 zł!

Żegnaj T-Mobile

Przedwczoraj pożegnałem się z T-Mobile. Z jednej strony nic wielkiego, telefonia komórkowa jest teraz usługą tak podstawową i powszechną jak higiena jamy ustnej, a nie rozwodziłbym się nad zmianą pasty do zębów. Z drugiej strony abonament w Erze, a później T-Mobile, miałem od ponad 11 lat. To dłużej niż używam jakiejkolwiek marki pasty do zebów, to nawet dłużej niż jestem z moją dziewyczną, a obecnie żoną. ;-) Zapewne dlatego tak po ludzku trochę mi żal, że T-Mobile rozstał się ze mną bez mrugnięcia okiem, jakby te 11 lat z hakiem nic dla niego nie znaczyło. Ani przed końcem umowy ani po złożeniu wniosku o przeniesienie numeru nie skontaktował się ze mną i nie zaproponował przedłużenia umowy, o próbie przebicie oferty konkurencji nawet nie wspominając. Nie dostałem nawet SMS-a „szkoda, że odszedłeś, ale mam nadzieję, że wrócisz”. Żal mi, bo wydaje mi się, że byłem dobrym klientem, od ponad 11 lat płaciłem abonament, niby niezbyt wysoki, ale w dobie malejącej liczby abonentów i ostrej konkurencji w segmencie usług przedpłaconych ponoć każdy regularnie płacący łoś jest cenny.

Jednocześnie odczuwam ulgę, bo już od dłuższego czasu związek z T-Mobile mi się nie układał. Przy każdym przedłużeniu czułem się jak klient drugiej kategorii, bo pomimo wieloletniego stażu (a właściwie przez ten wieloletni staż) dawano mi gorsze warunki niż nowym klientom (tak, wiem, że tak działa dużo firm). Nie mogliśmy znaleźć porozumienia co do wzajemnych oczekiwań – ja miałem niewielkie potrzeby i chciałem niewiele płacić, T-Mobile konsekwentnie kasował tanie taryfy i usilnie chciał mi wcisnąć usługi, których nie potrzebuję i słono za nie kasować. W związku z tym szczególnie nie spodobało mi się skasowanie programu Era Premia, dzięki któremu „za darmo” mogłem nieco dopasować taryfę do moich potrzeb. Irytowało mnie poczucie humoru T-Mobile przejawiające się przykładowo w taryfie multimedialnej dla smartfonów z pakietem 100 MB transferu. Dużą kroplą w czarze goryczy była żenująca reklama „najlepsi przechodzą do T-Mobile”.

Zatem żegnaj T-Mobile, tak chyba będzie lepiej dla nas obojga.

Festiwal makaronów w Pizza Hut

Ne festiwal makaronów w Pizza Hut wybrałem się z odrobiną niepewności. W internetach piszczało, że mogę spodziewać się mikroskopijnych porcji podawanych w nieznośnie długich odstępach czasu. Dzikość serca i żądza małych miejskich przygód jednak wzięły górę i tak trafiłem do Grubej Kaśki.

festiwal makaronów

Pierwszą porcję otrzymałem w niespełna 10 minut od przyjścia, kolejną po dwóch minutach, a następną też dość szybko. Z moich obserwacji wynika, że kolejne potrawy pojawiały się falami: w jednej fali kuchnia przyrządza trzy rodzaje pasty, które trafiają na talerz klienta w kilkuminutowych odstępach. Choć zdarzało się, że miałem pusty talerz to nie mogę narzekać na szybkość obsługi. Przeplatając jedzenie rozmową miło spędziłem czas.

Największą zaletą festiwalu jest to, że można spróbować za jednym zamachem wielu rodzajów pasty i odkryć nowe smaki. Dla mnie odkryciem wieczoru było farfalle di concretto (makaron farfalle, kurczak, kiełbasa pepperoni, boczek oraz cebulka zapieczone z żółtym serem i sosem pomidorowym z bazylią) – pycha! Z nieznanych mi wcześniej smaków zasmakowało mi też tagliatelle molto bene (wstążki makaronu tagliatelle w sosie czosnkowo-beszamelowym z szynką, suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami i rucolą). Lasagne i penne pesto jak zwykle smaczne.

Choć wedle zasad festiwalu konsument nie ma prawa głosu w kwestii wyboru konsumowanych potraw, obsługująca nas kelnerka była ponadprzeciętnie miła i pytała nas na co mamy ochotę.

Z uczestnictwa w festiwalu makaronów jestem zadowolony. Wydaje mi się, że rozczarowany może być tylko ktoś, kto nastawia się na nażarcie się pod korek w 20 minut. Jeśli jednak potraktować wizytę w Pizza Hut jako okazję do pogadania przy jedzeniu to nikt nie powinien mieć powodów do narzekań. A przy okazji można się nażreć pod korek.

Zapiski wpierdalacza: Domino’s Pizza

Z tego co wyczytałem sieć Domino’s Pizza dopiero wchodzi do Polski, otwarty w ubiegłą środę lokal w centrum Warszawy jest drugim w naszym kraju. Tak się składa, że tenże lokal mam tuż koło domu, zatem w ramach dopieszczania wpierdalacza postanowiłem go przetestować, tym chętniej, że z okazji otwarcia Domino’s kusi szaloną promocją – 21,90 zł za dowolną dużą pizzę.

Dokonałem kontrolowanego zakupu dużej Extravaganzzy i Texas BBQ czyli dwóch z najbardziej wypasionych pizz z menu Domino’s. Na tej pierwszej znajdują się cebula, papryka, pieczarki, kiełbasa pepperoni, szynka, wieprzowina, wołowina, czarne oliwki i dodatkowy ser mozzarella. Ta pizza jest dość podobna do Super Supreme z Pizza Hut. W ekstrawaganckiej pizzy Domino’s podobało mi się to, że nie pożałowano składników, większość z nich sypnięto hojnie, nie trzeba ich było szukać uzbrojonym okiem, jak to czasami bywa w Dominium. Wyjątkiem była wołowina, w porównaniu do innych składników było jej malutko. Nie do końca podeszła mi kiełbasa pepperoni, wyglądała i smakowała bardziej jak krakowska, na pewno nie było to pepperoni widoczne na zdjęciach w ulotce. Ciasto było grube, ładnie wypieczone i chrupiące. Całość bardzo mi smakowała, choć Super Supreme jednak minimalnie wygrywa.

Z kolei Texas BBQ (sos barbeque, wędzony boczek, pieczony kurczak, cebula, papryka) można porównać do Texas z Pizzy Hut. Tym razem jednak palma pierwszeństwa należy się Domino’s. Ich pizza zdawała się bogatsza w smaku, w szczególności sos barbeque wydał mi się smaczniejszy. Tu również nie pożałowano żadnego ze składników, co pozwala mieć nadzieję, że to reguła w Domino’s. Grube ciasto bardzo ładnie pasowało do składników, a całość smakowała mi nawet bardziej niż Extravaganzza, om nom nom.

Nie podeszły mi sosy. Dodawany do każdej pizzy sos czosnkowo-ziołowy smakował jak sos do kiepskiego kebaba, miał jakiś taki posmak rozwodnionego majonezu. Pomidorowy był lepszy, ale też smakował sztucznie. Oba sosy były dostarczone w dawkach homeopatycznych, jeden pojemniczek wystarczył na skromne doprawienie połówki dużej pizzy.

Pierwsze spotkanie z Domino’s Pizza uważam za udane, obie zamówione pizze były smaczne, trzy osoby dokonujące testowej konsumpcji najadły się pod korek i jeszcze dwa kawałki zostały. Pod względem smaku, jakości i ilości składników pizza Domino’s na tle innych sieciówek przypadła mi do smaku bardziej niż Da Grasso i Dominium; z Pizza Hut powiedzmy, że remisuje.

W ujęciu ekonomicznym pizza Domino’s w szalonej promocji wypada obłędnie atrakcyjnie: za 21,90 zł dwie osoby mogą się godnie nażreć. Cennikowe 44,90 zł prezentuje się mniej apetycznie, więc „opłacalność” Domino’s zależeć będzie od przyszłych promocji.

Warto jeszcze dodać, że Domino’s Pizza faktycznie jest szybka. Pizzę zamówiłem w lokalu i rzeczywiście otrzymałem ją w obiecane 12 minut, w dostawie pewnie też najpewniej otrzymałbym ją szybciej niż obiecywane 30 minut. W internetach wyczytałem, że swego czasu Domino’s nawet gwarantowało dostawę w 30 minut, ale zrezygnowali z tego po kilku wypadkach, które sprawiły, że generał publiczny przypiął ich dostawcom etykietkę „szybkich i wściekłych”. Było nawet kilka wypadków i odszkodowań z tego tytułu. My również prawie się na takowe załapaliśmy, skręcający na skrzyżowaniu dostawca na skuterze prawie władował nam się pod koła.

Wymiatacze z TVN-u

Irytuje mnie postawa „Polak potrafi… spierdolić”, która często pojawia się w dyskusjach na temat różnorakich dokonań Polaków. Jednak gdy widzę coś takiego, jak „Wymiatacze” to zaczynam wierzyć, że coś jest na rzeczy.

W tym miejscu należy się wyjaśnienie. Dawno temu japoński teleturniej „Takeshi’s Castle” zauroczył mnie od pierwszych sekund. Ponieważ jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów posłużmy się dowodem rzeczowym numer jeden:

Czytaj dalej Wymiatacze z TVN-u

Bidet

Ta notka będzie stanowić dla mnie katharsis i to w sensie dosłownym, gdyż rzecz będzie o oczyszczeniu, jednak nie duszy. Z niejakim zażenowaniem muszę przyznać, że dopiero niedawno poznałem funkcję bidetu. Wcześniej przez długie lata sądziłem, że służy on do mycia nóg. Z błędu wyprowadziła mnie moja ukochana, a śmiechu było co niemiara.

Laughs have been had i w tym miejscu można by postawić kropkę, ale zacząłem zastanawiać się skąd wzięły się moje wyobrażenia o funkcji bidetu i jakim sposobem przez blisko trzydzieści lat brutalna prawda nie zdołała się przebić przez mury mej ignorancji. Uzupełniając wspomnienia domysłami wyszło mi, że po raz pierwszy z bidetem spotkałem się na zdjęciu, zapewne w jakimś katalogu wyposażenia łazienek, a miałem wtedy lat małonaście. Ponieważ z kontekstu w którym zdjęcie występowało nijak nie wynikała funkcja tego urządzenia, więc musiałem dorobić sobie własną interpretację na podstawie doświadczeń. Z doświadczenia zaś wiedziałem, że jeśli chce się dokonać szybkiej ablucji to niewygodnie jest zadzierać nogę do umywalki. Logicznym remedium na te niedogodności zdawało mi się urządzenie z bieżącą wodą wysokości mniej więcej klopa. Wypisz, wymaluj bidet. Logiczne, nie?

Teraz zastanawiam się ile jeszcze takich bidetów kryje mój leksykon.

W ramach post scriptum bidet z tubki.